Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/83

Ta strona została przepisana.


pędzili ku źródłom Rodanu. Wówczas Pulut umieścił Feliksa na bryle kamiennej, podsadził się pod niego i wziął chłopa na bary, lekko, jak worek żyta. Ręce zranionego bezwładnie wisiały, twarz oblepiona długimi, zmoczonymi włosami, martwo upadając, wbijała staremu wiarusowi na oczy kapelusz i gniotła wysoką kitę. Na szmalach, ściskających ranę, wynikły i szerzyły się blado krwiste plamy. Zsiniałe usta Feliksa od czasu do czasu szeptały jakieś słowo, a z piersi wydzierało się westchnienie. Matus opasał się jego nogami, mocno chwycił w kupę prawą dłonią ręce na piersiach, pod lewą pachę wetknął sobie karabin i szybko powędrował. Ścieżka wyłożona gładkiemi płytami, dosyć szeroka i wygodna, zbiegała odrazu na dół łamaną linią.
Krew biła Puluta, jak obuchem w skronie, własna głowa ciężyła mu, jak kowadło, krzyż zgięty tak bolał, jakby w nim trzaskały kręgi każdej chwili i za każdym krokiem. Słońce tam paliło w samo ciemię i gorący, duszny wiatr w gardle ściskał. Na dole widać było obadwa wojska. Cesarscy szły nagłym marszem w dobrym porządku, i żałobna ich czarnobiała linia łamała się w całej dolinie, z kształtu do litery S podobnej. Tylne szeregi wciąż się odstrzeliwały Francuzom, którzy napadali bagnetem, pragnąc do reszty zmiażdżyć całą kolumnę. Wyżej, u stóp lodowca, skąd wypływa rzeka, Matus ujrzał ze zdumieniem duży tłum białych mundurów, otoczony przez kilka kompanii francuskich.
— Hej! hej! — zawołał z uciechą — są pludry w kozie.
Pot mu zlewał czoło i przed oczyma tańcowały