Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/85

Ta strona została przepisana.


więźniów na dole i zamknięte drogi, — oddział ten skorzystał z czasu, rzucił się w bok na lody. Kule Francuzów trzaskały w bryły, ale w niewielkim dystansie od podnóża, więc Austryacy szli śmiało i forsownym marszem przebyli wpoprzek lodowiec, skacząc nad szczelinami z tafli na taflę. Z gleczeru weszli na górę Furka. Idąc pod samym jej szczytem, dosięgli bezpiecznie wązkiego przejścia, po którego jednem zboczu spływa cienką smużką dopływ Rodanu, a po drugiem z płatka brudnego śniegu Reuss się sączy. Republikanie ścigali wrzaskiem te małe postacie, których długie nogi szybko migały się na zrębie skał, wystających z ziemi. Więźniowie spoglądali ze smutkiem na szereg umykających współtowarzyszów i powierzali jedni drugim jakieś myśli.
Matus, dowlókłszy się do pierwszych szeregów, zaraz odszukał felczera i zmusił go giestami i wykrzykiwaniem najrozmaitszych słów francuskich do zajęcia się rannym. Żołnierze otoczyli Felka i ulitowali się nad nim. Ten rzucił mu na kolana czystą serwetkę płótna, inny jakiś krótki sznureczek, inny nadgryzioną skórkę sera, a jeszcze inny — mały pieniądz. Felczer rozwiązał bandaż Puluta, oczyścił ranę umiejętnie i zajął się nałożeniem rzetelnego opatrunku. Stary wiarus nie znalazł w kotlinie swej kompanii. Pokazywano mu, że odeszła na dół. Oficerowie pokrzykiwali na niego i dawali mu znać na migi, że ma w te tropy iść za swym oddziałem. Pulut westchnął, polecił chorego towarzysza opiece felczerskiej, rozprostował kości, karabin zarzucił na ramię i poszedł brzegiem rzeki.
Przebywszy dwa zakręty wąwozu, stanął u pod-