Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/87

Ta strona została przepisana.


pełnie pusty. Nieprzyjaciel pomknął w ucieczce aż do Hospenthal. Przed nadchodzącymi otwarła się dolina Urseren, idąca w dół, na zachód. Nizko w otchłani bielił się Reuss. Po prawej ręce stała grupa Gottharda, wielkie góry, okryte zgniło-zielonymi mchami, które tym skałom nadają pozór starości i jakiejś szczególnej nędzy. Te miękkie, jednostajne szaty gór, tu i owdzie tylko lśniące jaśniejszą zielonością, podarte są przez suche łożyska, niby przez szwy, które się dawno rozlazły. Sypią się tamtędy aż do stóp górskich, aż do niestrudzonej pracownicy — rzeki warstwy szarego rumowia. Szczyty wietrzeją, łamią się, kruszą, rozpadają i w proch rozsypują, lecą do wody, która je pochłania i wiecznie wynosi aż do dalekich okolic.
Wojsko szło z furyą bojową po perci odwiecznej, po szlaku, który niegdyś przebywały słonie Hannibala. Ten tłum obdartusów ważyłby się uderzyć na całą armię, zgruchotałby bagnetem twierdzę, gdyby była na drodze, a poddać się nie chciała, zwiódłby bitwę z samą śmiercią... Idący w szeregu nie mogli otrząsnąć się ze złudzenia, że tuż za ich plecami postępują towarzysze, którzy zginęli na Grimsel, że okrzyki ich słychać w czystem powietrzu, łoskot ich kroków słychać na głazach ścieżki... Ranny Felek był przedmiotem czułości całego wojska. Niesiono go pieczołowicie, jak biedne, chore, obce dziecko, gdy z sił opadał, a podtrzymywano litościwie, gdy sam szedł z góry. Drogę przecinały strumienie, białe, dzikie, piękne wody. Z za skał wychylały się tu i owdzie krawędzie lodowca Rodanu. Wprost z góry, idąc na łeb na szyję, zstąpiono do Realp, małego przysiołka u stóp Furki. Kamienne