Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/92

Ta strona została przepisana.


mniej szczególny, a jakoby natychmiast uzdrawiający rosół zaczarowany. Chory drzemał. Kiedyniekiedy otwierał oczy i z głębokim podziwem patrzał na blaski ognia, latające po niezmierzonych skałach, po urwiskach, które zachodziły swymi zębami tak szczelnie jedne za drugie, że przesmyk obok rzeki wydawał się podobnym do pieczary bez wyjścia. Kiedyniekiedy zaczynał wsłuchiwać się w szum obłąkanej wody rozbitej na puch i lecącej po oślizgłych schodach — i wtedy strach go ogarniał. W pewnej chwili usłyszał, że Matus z kimś rozmawia. Radby był słuchać tego głosu, ale mu wnet wszystko zobojętniało... Gdy znowu dźwignął swe ciężkie powieki, zobaczył przy ogniu Matusa i trzech więźniów. Stary mówił do nich szeptem. Twarz mu gorzała. Felek nie mógł pojąć, co w tem jest, że on rozumie o czem tamci mówią, i nie mógł pojąć, czemu go tumani tak dziwna senność... Chciał się poruszyć, przysunąć do ogniska, mówić do nich i wypłakać łzy, które mu, jak skała przygniatały serce. Tak mu było gorzko, tak smutno... Długo znowu nic nie widział, błąkał się między przedziwnemi widzeniami i cudami, długo dźwigał swoją lewą rękę i pragnął kiwnąć nią na Puluta, ażeby mu coś powiedzieć. Ocknąwszy się, zobaczył go przy ognisku, pykającego z fajczyny, obok jeńców austryackich, patrzących w niego, jak w tęczę. Matus miał kapelusz zsunięty na same brwi, patrzał się w ogień i głośno gadał.
— Na prawo — mówił — były tam nieduże jałowczyki, na lewo pole dopiero zawleczone. My stali w tej roli, a tu kule rznęły, co zachowaj ta Panie! Od tego dymu, to mówię wam gęby ludziom poczer-