Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/97

Ta strona została przepisana.


podążyli przez czarne role, błyszcząc na słońcu swym pięknym ubiorem i guzami.
Długo stary dziedzic Zimnej siedział nieruchomo na swym kamieniu i patrzał w ziemię. Wargi jego drgały nerwowo i wypadał z nich szept głuchy:
— Pulut... Matus Pulut...
Głęboka, nieujęta cisza zaległa znowu cały przestwór. Snuły się w niej dawne wspomnienia pana Opadzkiego, kojarzyły zapomniane wypadki, rzeczy wielkie i bardzo drobne, miłe i obmierzłe. Nagle stary pan wstał ze swego siedzenia i ostro poszedł ku domowi.
Gdy wkroczył w aleję suchych topól, gdzie w rowach bełkotały nurty wody zabłoconej iłem, a gdzie tak dobrze było mu oddychać jeszcze przed dwiema godzinami, — miał w twarzy surowość, dolną wargę wzgardliwie obwisłą i w wielkich, bladych oczach połysk lodowaty. Pod wpływem poruszenia wewnętrznego jego figura wyprostowała się, krok nabrał pewności, a ruchy — życia i siły. Dość szybko przebył całą długość alei, otworzył furtkę w tylnej części parkanu, otaczającego sad, i wkrótce znalazł się przed gankiem dworu. Był to dom stary, obszerny i bardzo cudaczny. Do głównej jego budowy, na przodzie której znajdował się ganek o sześciu murowanych słupach, dobudowano, widać różnymi czasy, szereg przybudówek, dachów, daszków, a nawet wieżyczek. Te dachy piętrzyły się jedne nad drugimi, szły w różne strony i przedstawiały w tyle dworu dziwną kupę gontów. Jedne z nich były już czarne i spleśniałe, inne niedawno, widocznie na jesieni ubiegłego roku, przybite. Na podobieństwo da-