Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/98

Ta strona została przepisana.


chów tłoczyły się tam ściany przybudowanych pokoików. Sprawiało to wrażenie takie, jakby stary dwór pękł od tyłu i jakby przez szczelinę wybuchnęła pewna część jego wewnętrznych pokojów, izb i bokówek. Od frontu były okna spore i równe, tam na tyłach — przeróżne, poumieszczane wysoko i nisko, niektóre bardzo nisko, gdyż wraz ze ścianami do połowy w ziemię się wsunęły. Naokół stał prześliczny — nie las, nie park — dziki ogród. Wielkie drzewska: lipy, klony, wiązy, mnóstwo sosen, jodeł, świerków, brzóz — rosły tam, jak chciały. Niegdyś nakładano widocznie pęta na swobodny rozwój tego gaju, gdyż w jego głębi znać było jakby trzy szerokie półkola, czy grupy. Z czasem jednak młoda podszewka leśna rzuciła się wszędzie, wybujała i zagłuszyła dawną symetryę. W grupie starych jodeł widać było nawet szare, pozieleniałe ze starości, tu i ówdzie mchem zarośnięte ciało nagiej dryady kamiennej. Na jej ciemieniu szczodrze wynawożonem przez kawki i wróble rosły dosyć rozłożyste badyle, których słupki wyglądały na wiosnę, jak włosy, dęba z przerażenia stające. W pobliżu jakiś drugi obnażony kadłub nurzał swe greckie oblicze w mazowieckiem bagnie, zadarłszy bezwstydnie poutrącane nogi. Tu i ówdzie między drzewami stały piętrowe i parterowe białe oficynki, zbudowane na wzór domostw szwajcarskich, albo świątyń i greckimi portykami. Dalej, za parkiem stały gumna, dworki ekonomskie, mieszkania czeladzi folwarcznej, a na brzegu nudnej rzeczki spała pośród głębokich piachów mieścina rolnicza.
Gdy pan Opadzki począł stukać nogami, strzą-