Otwórz menu główne

Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/54

Ta strona została przepisana.


czarny dach domostwa zjeżdżał ze ścian w tył i jednym swoim krańcem dosięgał prawie ziemi.
Kiedy wasąg naszych przedsiębiorców zatrzymał się przed gankiem, w dwu oknach błyszczało światło. Jakaś figura zjawiła się we drzwiach.
— Czy to ty, Szulim? — zapytał głośno stojący na progu.
— Nie, to nie Szulim, — odpowiedział Bijakowski. — Czy dziedzic jest w domu?
— Któż tam, u dyabła?
— Czy dziedzic tutejszy jest w domu?
— Dziedzic?
— Można się z nim widzieć?
Osoba znikła i jednocześnie prawie światło w oknach zgasło. Wędrowcy nasi wstąpili na ganek, lecz znaleźli drzwi zamknięte. Bijakowski zastukał.
Żadnej odpowiedzi.
— Dziwna rzecz! — zauważył pan Dominik.
Inżynier zeszedł z ganku i zajrzał za węgieł dworu, szukając innego wejścia. Musiały tam być jakieś drzwi, biegano bowiem tamtędy, białe postacie wsuwały się do dworu i wymykały do ogrodu, dźwigając jakieś ciężkie przedmioty, coś w rodzaju szaf, luster, kanap, stołów, łóżek, obrazów.
— Nadzwyczajny dom, — mówił do siebie zaciekawiony do żywego «bourgeois». — Ten obywatel wyprowadza się, widocznie, czy co u licha?... o tej porze... panie Cedzyna...
Pau Dominik pokiwał melancholijnie głową i cicho westchnął.
Z pomiędzy pokrzyw i kęp bzu wysunęła się wresz-