Otwórz menu główne

Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/56

Ta strona została przepisana.


sełek na ziemię porozmiatane części męskiego odzienia i przysuwając gościom kulawe krzesła. — U mnie to cokolwiek po kawalersku, ale bo to z tymi sekwestratorami... Fintik! won, podlecu!...
Kudłaty piesek podniósł łeb niechętnie i machając ogonem, zsunął się na podłogę.
— Proszę pana, — zaczął Bijakowski, — taki jest nasz interes: Do pana należy góra, w której pobliżu prowadzimy plant kolejowy?
— Góra? «Świńska krzywda?» no, do mnie należy... i cóż z tego?
— Pan z niej żadnego zysku nie ciągnie?
— Jakiż ja zysk mogę ciągnąć z takiej góry? Kpisz pan, czy co?
— Pastwisko pewne, — wtrącił pan Cedzyna nieśmiało.
— Jakie pastwisko! — oburzył się Polichnowicz. — Kamień na kamieniu i trocha jałowcu. Miejsce ustępowe dla trznadli... chciałeś pan chyba powiedzieć. Ale co panom znowu do tej Góry?... Fintik! won, podlecu!...
Piesek zeskoczył znowu z kanapy, na którą się był wdrapał.
— Krótko mówiąc, — ciągnął inżynier, — jabym kupił od pana kamień z tej góry i prawo wybierania gliny. Czy zgadza się pan?
— Kamień? A prawda... Owszem, panie dobrodzieju, z największą przyjemnością.
— I coby też pan żądał?
Polichnowicz zaczął kręcić w palcach papierosa, założywszy nogę na nogę w ten sposób, że końcem