Otwórz menu główne

Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/72

Ta strona została przepisana.


O godzinie pierwszej z południa pan Dominik powracał z powiatowego miasteczka wynajętą furmanką.
Chude chłopskie szkapięta brnęły w roztajałym śniegu; bose sanice docierały do gruntu i sunęły po grudzie, jak po maglownicy, albo zataczały się w wyboje i zatoki. Stary jegomość otulał się zrudziałemi szopami, nasuwał kaszkiet na oczy i ćmiąc niekosztowne cygaro, «myślał sobie». Jeździł niegdyś czwórką wałachów i wspaniałemi saniami, z furmanem w złotawej liberyi, otulał się niegdyś kiereją, srogimi niedźwiedziami podbitą... Boże drogi! — ziemia drżała, janczary słychać było o pół mili, konie parskały, chłopy i żydy stały bez czapek... Phi... czy tam teraz jest gorzej — któż to wie? Nigdy przecie jazda saniami przez puste pola nie sprawiała mu takiej przyjemności, jak dziś, kiedy jedzie chłopskim wasągiem... W domu czeka pan doktór Piotr Cedzyna! Cha, cha!... Nuże szkapy! bierzcie się w kupę! Jeszcze tylko jeden lasek, tylko mały wąwozik pod Zapłociem...
— Ciekawa bistorya — myśli pan Dominik — czy Piotrek, zrobił i przepisał rachunki? Myślał huncwot, że mu dam łazić całymi dniami po chałupach, (pewnie dziewuchy niemieckiego uczy...), i bąki zbijać. Aha... posiedź-no waćpan, mości chemiku, nad prowentowanym kalkułem, pododawaj cyferki, napisz ładnym charakterem wykazy dla pana inżyniera, wyręcz starego ojca. Za darmo ci będę zwoził tytoń i tracił fortunę na sardynki?
Konie wbiegły na podwórze i zatrzymały się przed gankiem dworu. Pan Cedzyna wylazł ze sanek i wszedł