Otwórz menu główne

Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/99

Ta strona została przepisana.


telny, zadało mu ślepy cios i wlecze teraz bezsilnego do jakiejś mrocznej pieczary, do jakiejś szczeliny bez dna...
— Co począć? — szeptał, drżąc.
Przez szpary okna wdzierał się chłód burzy zimowej i przechodził przez izbę, jak widmo złowieszcze. Zdawało się doktorowi, że go ktoś dotyka, że prócz niego i chorej jest w izbie ktoś trzeci...
Wyszedł do kuchenki i zakrzyknął na służącą, aby mu natychmiast wołała sołtysa.
Stara wdziała co tchu olbrzymie buty, okryła głowę «zapaską» i, zabawnie podskakując, znikła. Wkrótce potem zjawił się sołtys.
— Słuchajcie, nie znajdziecie mi człowieka, któryby pojechał do Obrzydłówka?
— Teraz, panie doktorze, nie pojedzie... zawieja. Na śmierć pojedzie... Psa ciężko wygnać.
— Ja zapłacę, wynagrodzę.
— Nie wiem ja... przepytam się.
Wyszedł. Doktór Paweł ściskał skronie, które zdawał się rozsadzać napływ krwi. Przysiadł na skrzynce i o czemś dawnem, dalekiem myślał.
Dały się wkrótce słyszeć kroki: sołtys prowadził parobczaka w kożuszynie przedartej, nie dosięgającej mu do kolan, w zgrzebnych spodniach, kiepskich butach i czerwonym szaliku na szyi.
— Ten? — zapytał doktór.
— Powiada, że pojedzie... śmiałek. Ja konia mogę dać, ale gdzież to w taki czas...
— Słuchaj, jeżeli wrócisz za sześć godzin, dostaniesz ode mnie dwadzieścia pięć, trzydzieści rubli, dostaniesz... co chcesz... słyszysz?