Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/43

Ta strona została uwierzytelniona.

subordynacji, wysypaliśmy się z kuźni, na gościniec.
Przy ostatnich już błyskach zachodniej zorzy, ujrzeliśmy rzecz straszną...
Wody Irtyszu wzdymały się... wzbierały... rosły... Przed paru godzinami Irtysz płynął tak spokojnie i cichutko... teraz ryczał, niby jakiś legendowy potwór, ze swej rozdziawionej paszczęki wyrzucający istne fontanny mętnych fal i szaro-białawe piany.
Wicher, przeraźliwie świszcząc, w górę unosił wzburzone fale; skręcał je w trąby i niby w jakiś piekielny, zawrotny taniec porywał owe ukwiecone łodzie, które w pogodne, słoneczne południe pod błękitnym baldachimem firmamentu, z muzyką przepływały przed naszemi oczyma.
W powrotnej żegludze do Omska zaskoczyła je burza.
Huragan pozrywał z masztów kwietne girlandy, na strzępy poszarpał barwne żagle, połamał stery, wiosła wciąż wytrącał z rąk utrudzonych majtków...
Łodzie usiłowały przybić do brzegu...
Daremnie...
Wicher odpychał je wciąż od brzegów... odpychał je na środek rzeki.
Spotykały się z sobą i, tłukąc się o siebie, wyrządzały sobie szkody nawzajem.
Wydawało się, jakoby dwie żywiołowe potęgi: huragan i woda sprzymierzyły się z sobą