Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Ich dziecko.djvu/357

Ta strona została uwierzytelniona.

— Czy nie zdaje ci się, że postąpiliśmy z nim wstrętnie, ohydnie?
Justyn nerwowo wzruszył ramionami:
— Może, nie wiem.... Wiem tylko, że inaczej postąpić nie mogłem.
— Powinieneś napisać doń i jakoś dać mu to do zrozumienia.
— Napisać?… Oczywiście. Ale nic mu nie będę dawał do zrozumienia. On mnie rozumie aż nadto dobrze. Tak dobrze, że nie wiem, czy zechce mi odpisać.


ROZDZIAŁ XX

Kto nie spędził bodaj części życia na wsi poleskiej ten nie wie jak wolno, jak niepostrzeżenie, jak jednostajnie płynie tam czas. Tam nie gonią dnie za dniami, tam nie słychać zdyszanego pośpiechu lat, co pędzą na złamanie karku. Czas płynie tam jak wody dobrej powolnej rzeki, rozlewa się szeroko i cicho, a choć nieraz pod płaską powierzchnią utrzyma nieznane głębie, choć nieraz żłobi koryta bezdenne — po wierzchu nic nie znać. Ot, gładź cicha, co odbija blady błękit sennego nieba, lub chmury szare, które ni burz ni piorunów nie niosą, tylko deszcz drobny, a cierpliwy albo śnieg, co tygodniami pada i pada.
Taki jest czas na Polesiu, takie życie ziemi piaszczystej lub błotnej, gęstych lasów i mokradeł, zwierząt i ludzi.
Mijają lata, a nic się nie zmienia, chyba to, że złocista słoma żytnia, którą dachy chat kryją, ciemnieje i staje się bura, chyba to, że ludziom na skroniach szron siwizny osiada:
Tak i w Zapolu mijały lata. Dawno już zczerniały ściany stodół odbudowanych po wojnie, dawno na czerwonych dachach osiadła pleśń zielona, a i na skroniach młodego dziedzica sporo wysrebrzyło się włosów. Ale on sam się nie zmienił.
Zawsze był milczący i małomówny, zawsze do wesołości i śmiechu nie skory, zawsze od ludzi stroniący. Przed dziewięciu laty wprawdzie, jak słyszano w okolicy, nosił się z wielkimi zamiarami, chciał ponoć nawet Zapole sprzedać, czemu