Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Prokurator Alicja Horn tom I.pdf/161

Ta strona została skorygowana.

ku centymetrów, lecz mogła być uszkodzona i czaszka.
— Tu boli? — pytała, naciskając okolice rany końcami palców — a tu?... a tu?
— Nie, nie boli. Trochę mi szumi we łbie, ale głowę mam twardą.
— Obandażuję panu głowę.
— Nie. Dziękuję. Krew nie idzie to i dobrze.
— Może kieliszek konjaku?
— Dziękuję pani. Proszę mi tylko pozwolić chwilę posiedzieć.
— Może położyłby się pan?
— Broń Boże!
Krzątała się chwilę, uprzątając pokrwawione kawałki waty i myjąc ręce. Potem usiadła naprzeciw niego na brzegu wanny. Teraz dopiero przyszło jej na myśl, że oto on jest tutaj, z obnażonym torsem, z muskularnemi ramionami, że przed chwilą dotykała jego nagiej skóry, bronzowej, gładkiej i lśniejącej. Jakże wspaniale sklepiona pierś!... I szyja smukła a mocna, jak dąb...
Miał oczy zamknięte i półuśmiech na ustach.
I czemu, czemu... teraz nie powie jej: — położę się, a ty mnie pielęgnuj, klęknij przy łóżku... zostanę tu z tobą i tylko dla ciebie... wyłącznie...
W niezasłonięte okno uderzył pierwszy promień różowawy i żółty.
Otworzył oczy i wstał:
— Przepraszam panią. Ubiorę się.
— Pomogę panu.
— Dziękuję. Dam sobie radę. Bardzo dziękuję.
— Cóż znowu, chyba się pan nie wstydzi?
— Wstydzę się — odpowiedział z uśmiechem.
— Ale, niechże pan da spokój. Jestem tylko samarytanką.
Pomogła mu ubrać się w koszulę, która tymczasem obeschła, jednak w końcu musiała zostawić go samego, gdyż i dolną część koszuli należało ulokować na odpowiedniem miejscu