Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Prokurator Alicja Horn tom I.pdf/239

Ta strona została skorygowana.

między tych panów w jasnych ubraniach o szykownie zawiązanych krawatach. Głupcy! Czyż mogą domyślić się, że mijają oto skarby najfantastyczniejszych pragnień, oszałamiających marzeń, tajonych wstydów!...
Idą po dwie, po trzy, przykulone do siebie, ruchliwe, niezgrabne, rozszczebiotane, odważnie szukające oczyma wzroku mężczyzn, wzroku, który czują na swojej gładkiej skórze poprzez żakieciki.
— Jak myślisz, czy spotkamy dziś tego aktora?
— A ja ci mówię, że to jest inżynier. I w dodatku żonaty. Wczoraj widziałam go, jak kupował papierosy na Marszałkowskiej. Ma na palcu obrączkę.
— Nie krwaw serca Julki!
Julka wzruszyła ramionami:
— On ma rudy zarost i zawsze jest źle ogolony — powiedziała pogardliwie.
— Nie mów! To też ma swoje zalety. Jak tak drapie! To musi podniecać!
Julka w duchu przyznawała jej słuszność, lecz właśnie nadchodził objekt ich rozmowy, więc zdążyła tylko powiedzieć:
— Idzie.
Wszystkie trzy zrobiły do niego oko i obejrzały się.
Stanął i patrzył za niemi z uśmiechem.
— Czekajcie! — zawołała jedna. — Teraz pożegnamy się i zobaczymy, za którą z nas pójdzie.
Zgodziły się. Karpowska poszła w ulicę Śniadeckich, Bodzikówna w Polną, a Julka w stronę domu. Szła prędko. Pewna była, że on idzie za nią, ale bała się obejrzeć. Gdy na rogu Topolowej zdecydowała się wreszcie, przekonała się, że ten cymbał ani myślał jej towarzyszyć.
Pal go sześć! Niechby sobie nawet poszedł za piegowatą Bodzikówną!
Drzwi otworzyła Józefowa.