Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/303

Ta strona została uwierzytelniona.

praktyczne, i tym razem polegała na tem, że Anna podawała gotowe projekty, roztrząsała je, zmieniała, krytykowała i wreszcie dochodziła do postanowień, a Marjan kiwał głową. Najgorsze było, że Anna coraz częściej spostrzegała jego istotną obojętność dla tych spraw i wysiłek, z jakim starał się skupić na nich uwagę.
Zresztą, co do wzięcia bony, narada właściwie była zbędna. W każdym razie należało zaangażować jakąś możliwie inteligentną dziewczynę, która zajmowałaby się dzieckiem w godzinach nieobecności Anny. Ze względu na szczupłość mieszkania musiała to być bona przychodnia.
Nazajutrz Anna zjawiła się w biurze swem przed dziewiąta i swój boks zastała zamknięty. Woźny objaśnił ją, że „obecna pani kierowniczka zawsze boks zamyka niewiadomo przez jakie fanaberje“.
— Tak? — zdziwiła się Anna — od dziś boks znowu będzie otwarty, bo ja wracam do niego, a panna Stopińska zajmie swoje dawne miejsce.
— Daj Boże — westchnął woźny.
— Dlaczego Zygmunt wzdycha — uśmiechnęła się — czy myśleliście, że wyjechałam na drugi koniec świata?
— Nie to, proszę pani... Tylko, że różnie gadają...
Zadreptał na miejscu, starł dłonią nieistniejący kurz na stojącym obok stoliku i machnął ręką:
— Co ja tam zresztą wiem...
— Nie rozumiem, co Zygmunt chce powiedzieć? — zmarszczyła brwi Anna.
— A to, że dałby Bóg, żeby pani usadziła tę cholerną babę, bo przez nią...
Urwał nagle: szybkim, pewnym krokiem weszła panna Stopińska. Zanim przywitała się z Anną, powiedziała woźnemu:

301