Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/52

Ta strona została uwierzytelniona.

ligentny człowiek, jak Szczedroń, powinienby ożenić się z jaką praczką, czy maglarką. Czyż to nie nonsens!
— Nie gniewa się pani na mnie? — przerwał jej rozmyślania Szczedroń.
— Nie, panie Stanisławie. Nagadałam panu niegrzeczności i to pan raczej powinienby na mnie się obrazić.
— Ale ja się nie obrażam — potrząsnął głową.
— Taka sobie sprzeczka rodzinna — powiedziała pojednawczo.
— O nie, przyjacielska, na to zgoda, ale nie rodzinna. My wcale nie jesteśmy, pani Anko, rodziną. Ja zawsze pozostanę dla was intruzem.
Anna poczerwieniała, jakby złapano ją na gorącym uczynku. Jaką ten człowiek musi mieć intuicję. Napewno odgadł, że ona właśnie o tem myślała.
— Z Wandą łączy mnie bardzo niewiele — ciągnął Szczedroń — ja nawet z nią nie stanowimy rodziny. Rodzina to związek chemiczny. Rozumie pani? Związek chemiczny, a my z nią jesteśmy jedynie mieszaniną. Zmieszano nas razem, lecz ona pozostała sobą, a ja sobą. Czysto mechaniczne połączenie. A cóż może łączyć mnie z panią, czy z Kubą, czy z panią Grażyną?
— I to pan wygłasza takie zacofane poglądy?!
— Nie poglądy. Obserwacje. Kiedyś sam tego nie wiedziałem... Proszę tylko nie myśleć, że uważam się za intruza zdołu, który wdrapał się w jakieś górne regjony. Gdzie dół, a gdzie góra, nie decyduje ani to, że mój ojciec zmiatał koński nawóz z ulicy, ani to, że rodzice Wandy nosili jedwabną bieliznę. Tu są całkiem inne kryterja. Poprostu jesteśmy inni. Z innej gliny.
— Głupstwa pan mówi — szczerze oburzyła się Anna.
— Nie. Zaraz to pani wytłumaczę...
Do tłumaczenia jednak nie doszło, gdyż w przedpo-

50