Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/70

Ta strona została uwierzytelniona.

myślał dla niej i przy niej, by ona była jakby anteną dla jego uczuć i umysłu. Poprostu, jak twierdził jej mąż, była dioneą, takim egzotycznym lepkim kwiatem, który zamyka w swych płatkach nieostrożne owady i żywi się niemi. Wanda jest dioneą, piękną owadożerną rośliną, która karmi się przy pomocy rozchylonego kwiatu. Rozchylenie jej ust do pocałunku, rozchylenie jej czerwonych wilgotnych ust, gdy słucha cudzych słów — to tosamo. W jej lenistwie, w jej powolnych ruchach i w bezsilnem brzmieniu głosu czai się właśnie ta nie dająca się nazwać potęga, która go obezwładnia, hipnotyzuje, pociąga.
Nie pragnął bynajmniej wyzwolenia z jej aury. Nie kochał jej, lecz odczuwał rozkosz przynależności, a gdyby ona go kochała, możnaby powiedzieć, że tylko pozwalał się kochać. Jednak sentymentu Wandy nie mógłby nawet nazwać miłością. Było to coś całkiem innego, co możnaby nazwać eksploatacją, gdyby to słowo nie było tak brutalne. W swojej pasji wiecznego analizowania Dziewanowski po tysiąc razy zagłębiał się w gmatwaninie tych nici, które splatały się w węzeł ich romansu. Idąc wytrwale wzdłuż każdej niteczki, odnajdywał niezliczone kłębki i pieczołowicie umieszczał je w niezliczonych szufladkach, lecz gdy już wszystko zdawało się być gotowe, nagły odruch Wandy, jedno jej inne spojrzenie, czy słowo — niweczyły całą konstrukcję. I znowu niewiadomo było, co jest dlaczego, gdzie jest czego początek i jaka jest treść wszystkiego. Był dość wprawdzie spostrzegawczy, by zauważyć źródła przemian Wandy. Zetknięcie się z każdym człowiekiem, z każdą książką, z każdem zdarzeniem, odbijało się w niej natychmiast, jak na wyczulonej kliszy. A że nie było to wierne odbicie lustrzane, że czas trwania odbicia nie mijał wcale, że nowy obraz wtapiał się niejako w konglomerat całości i zmieniał dotychczasową logikę

68