Strona:U Chińczyków.djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.

miasto rozsiadło się przy ujściu rzeki Si-kiang, wypływającej z gór Nau-ling.
Większa część miasta wybudowana jest na wodzie: domki stoją na szerokich pomostach, wspartych na grubych palach, wbitych w dno rzeki. Równe rzędy domków formują ulice — kanały, w których mijało się mnóstwo łodzi, przewożących ludzi z jednej strony ulicy na drugą.
Wielu biednych Chińczyków całe życie swoje przepędza na czółnach, dających schronienie w nocy, a zarobek we dnie.
Brown i William wsiedli do ozdobnej łodzi i kazali się wieźć do drugiej części miasta, leżącej na stałym lądzie. Po drodze spotykali setki łodzi, naładowanych jarzynami, workami z ryżem i innemi towarami. Wreszcie czółno dobiło do brzegu. Nasi znajomi znaleźli się na jednej z największych i najruchliwszych ulic Kantonu. Otoczył ich gwar przechodniów i przeraźliwe krzyki kupców, zachwalających swój towar.
— Oto świeże kaczki! Kupujcie tłuste gęsi!
— Wielmożni! Zwróćcie uwagę na moje owoce, na biały ryż, na słodki, jak cukier, „saud-czu“.
— Sprzedaję papier, tusz, laski!
Nasi znajomi skierowali się w stronę wyspy Hong-Kong, na której leży angielska osada Victoria.
Naraz ujrzeli kilkudziesięciu biegnących strażników, którzy z okrzykiem: „Wan-Sai-Jeb!“, co znaczy: „Pan dziesięciu tysięcy lat“ — zaczęli rozpędzać tragarzy, zatrzymywali wozy, rozkazując im usuwać się z drogi.
— Co znaczy to wołanie? — spytał William Browna.
— Jest to przednia straż cesarza, który będzie tędy przejeżdżał. Zatrzymajmy się na rogu ulicy, ujrzymy bardzo ciekawe widowisko.