Strona:U Chińczyków.djvu/29

Ta strona została uwierzytelniona.

trwa przy sprzyjających okolicznościach dłużej, niż miesiąc, zanim nasze okręty przybędą, Chińczycy już się uspokoją.

VII.

Rok się zbliżał ku końcowi.
W „niebieskiem państwie“ panował zupełny spokój. Zdawało się, że Chińczycy zupełnie zapomnieli o swych burzycielskich zamiarach.
W grudniu cesarz chiński wyruszył w podróż. Otoczony olbrzymią świtą, do której należał także gubernator Pekinu, opuścił stolicę. Zarząd miastem został powierzony mandarynowi Czi-wung.
Pan Brown był nierad z wyjazdu cesarza, obawiał się bowiem, że w razie wzburzenia Chińczyków, Czi-wung nawet przy pomocy wojska, nie zdoła obronić Europejczyków od napaści ludu.
William był tego samego zdania. Wyczekując przybycia angielskiej floty, niepokoił się coraz bardziej i wyrzucał sobie, że tak lekkomyślnie opuścił ojczyznę, gdzie rodzice tak się troszczą o jego życie.
Pewnego wieczora wyszedł na swą zwykłą przechadzkę. Przy wyjściu z domu spotkał się z Hi-fungiem, który szepnął, że ma mu coś ważnego do powiedzenia.
— Co mi powiesz? — spytał William.
Lecz Hi-fung nie odpowiedział.
Obejrzawszy się trwożliwie dookoła, położył palec na ustach i szepnął:
— Panie, chodźcie ze mną do mieszkania.
William, dziwiąc się tej tajemniczości Hi-funga, uczynił zadość jego prośbie.
Gdy weszli do mieszkania, Hi-fung zamknął drzwi, zbliżył się do Williama i wyszeptał: