Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/169

Ta strona została przepisana.


— Mężatka, mężatka!
Aż wynurzyła się z wody jakby postać ciotki Elfrydy, która wprost ku nam płynęła. Twarz jej była groźna, nienawiścią tchnąca. W ręku miała różaniec, którego krzyż silnie ścisnąwszy, samemi paciorkami krwawo czerwonemi zamierzyła się na nas.
Czułam, że to śmierć się przybliża. Ale umrzeć trzeba było w każdym razie, bo nieznajomy ostatka sił już dobywał.
Jeszcze targnęłam za dzwon, który słabo tylko raz jęknął:
— Mężatka!
I uczułam uderzenie w głowę, które mię przytomności pozbawiło. Zimna fala twarz mi oblała, a tam pod wodą rozległ się świst jakiś przeraźliwy...
Obudziłam się... Byłam na stacji... byłam w domu. Po rozpalonych policzkach spływała mi woda, którą stojący przy mnie ojciec starał się mię cucić z omdlenia. Przez okno wagonu widziałam oczekującego uśmiechniętego Alfreda... Sen się skończył... rzeczywistość miała być dalszym jego ciągiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Miłość odciąga od przepaści“ — mówił ojciec — wytykając jakoby w tych słowach nową drogę życia... O, Bóg mi świadkiem, żem po niej pójść pragnęła. Modliłam się o miłość jak o zbawienie, a czułam, że modlitwa moja jest jakby bezprzedmiotową, że nie wiem sama o co ręce składam do Boga miłości. W sercu czułam straszną próżnię, w myśli nie stworzyło się nawet pojęcie o tem, jak to się kocha. Mąż mój zresztą zdawał się bynajmniej nie dostrzegać tego braku... on kochał, i to mu wystarczało!
Ileż to razy przedsiębrałam uczciwą próbę z samą sobą, ile razy chciałam wzbudzić w sobie to, co się nazywa miłością! Przeczucie mi mówiło, że ci dwoje młodych na Moście Djabelskim kochali się; patrzyłam więc długo w oczy Alfreda starając się choć w przelocie schwycić w jego spojrzeniu wyraz, z którym młody człowiek powitał powracającą do życia towarzyszkę.
Jakże strasznie byłam karaną, jak odmiennie były tłómaczone moje intencje... Na usta Alfreda występował dziwny jakiś pół uśmiech, oczy zachodziły szklistą powłoką... chciałam się wyrwać... uciekać... napróżno...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jam nie kochała męża, to już nie ulegało żadnej wątpliwości. W dniu, w którym ten pewnik jasno i niezbicie stanął mi przed oczyma, możnaby powiedzieć, że jakiś chwilowy spokój wstąpił w moją duszę. My biedne, zawsze niedołężne niemowlęta, które żadnego udziału we własnych losach nie bierzemy, mamy zawsze gotowe recepty na życie.
— Tam gdzie niema miłości, jest obowiązek.
Precz ze wszystkiem, co nie jest obowiązkiem. Dalej na dno serca westchnienia za życiem pełnem doskonałości, złożonem z miłości i wiedzy, dalej do najskrytszych kątów mózgu na wieczne przechowanie te zasoby nagromadzone przez dwumiesięczną pracę wytrwałą. Wszystko to nieznane, to przepaść, to grzech. Rzuciłam się na kolana do modlitwy... O ja nieszczęśliwa!... modlitwa nie przychodziła... usta szeptały wyrazy bez związku, w których dusza najmniejszego nie brała udziału.
Boże, Boże, co ze mną będzie!... jam straciła zdolność do modlitwy nałogowej, do modlitwy, praktyki, a inaczej modlić mi się nie wolno. Myśl moja nie może już z zachwytem błądzić po tych laurowych pałacach, gdzie On w niezrównanej chwale, w majestatycznej obojętności króluje wpośród aniołów...