Otwórz menu główne

Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/214

Ta strona została przepisana.


Gdy ostatni turban na cylinder zamienią, to przyjdzie się powiesić.
A Wulid? Właśnie o święcie Wulid opowiadać dziś chciałam.
Wieczorem pozapalano tysiące kolorowych lampek na placu Esbekich, a Ałłah zapalił najpiękniejszą na szafirowem niebie, w kształcie złotego różka; aby ucieszyć wiernych, obchodzących święto narodowe, Mahomet wyprosił u Ałłaha, że im zawiesił godło narodowe na gwiaździstym stropie.
Namioty wznoszą się dokoła Esbekich, jeden obok drugiego, a każdy piękniejszy od ambasady niemieckiej nad Bosforem. Namioty wielkie jak pałace, jeszcze większe, niż świątynie, złotem i srebrem tkane, ze szkarłatu ściany, a ze świateł sufity.
Na cześć Ałłaha dzwonią wierni w cymbałki i w dzwonki, przygrywają na piszczałkach i przyśpiewują w takt; a w tej muzyce tęsknota bezbrzeżnej pustyni i poezja Wschodu; tylko cywilizacji w niej niema, ani metody, ani rutyny: takiej za sto lat nie będzie!
Na cześć Ałłaha tańczą wierni w kółko, a jasne ich suknie fruwają w powietrzu, niby nocne motyle, które się do tylu świateł zleciały.
Na cześć Ałłaha skaczą w takt wierni, klaszcząc w ręce, skaczą bez końca, biją pokłony do ziemi bez miary, aż się ćmi w oczach, aż się w głowie mąci i krzyczą ponurym głosem do taktu: „u-hu, uhu!“ aż się straszno robi.
W innym namiocie siedzą dzieci Wschodu, skupione, jedno obok drugiego. Długie, czarne brody, zielone, żółte i białe suknie, albo złociste i srebrzyste kaftany i szarfy wzorzyste. Obok poważnych bród czarnych, cudne, najczystsze profile arabskie, a wszyscy mają oczy wlepione w siwego starca, który im opowiada w języku ojczystym dzieje z czasów Harun Al-Raszyda. Oblicza wschodnie grają tysiącem wrażeń, które w nich budzi starzec o zielonym turbanie.
Zielony turban! snadź stary z Mekki powraca. Z zazdrością i szacunkiem patrzą wierni na niego. Mówi; raptem szmer cichy, potem głośniejszy, zamienia się nareszcie w okrzyk tryumfalny: „El Kahira! El Kahira“.
Miasto zwycięskie Kair!
Może im starzec o zdobyciu miasta tego na cześć Ałłaha opowiada.
Każdy namiot pełen, tętni w nim życie; zgiełk, ruch, wrzawa, ale nie ta nasza uliczna, trywialna, połączona z turkotem powozów na bruku; to życie Wschodu, pełne uroku, malowniczości, zapachu kwiatów cytrynowych i magnolji.
Znowu namiot przepyszny; na wstępie, na nizkim stole, wykładanym kością słoniową, bukiet. W bukiecie, wszystko co Ałłah stworzył, by oczy wiernych rozkoszować. Wszystkie barwy i zapachy i kształty. Schylam głowę, by mu się lepiej przyjrzeć; prawie równocześnie Nubijczyk, w zielonych, złotem haftowanych szarawarach i złocistym kaftanie, wyjmuje bukiet z wazonu, mnie go podając. Tak mu pan jego Hassan-basza rozkazał.
Trudno mi było unieść bukiet tych rozmiarów, a jednak nie chciałam się dać wyręczyć. Nie wiedziałam, co mi było milszem: nosić ten czarujący pęk kwiatów, czy spotkać się z jednym z tych bajecznych baszów, których cywilizacja i emancypacja kobiet wkrótce ze świata wytępi, z jednym z tych, dla których dość jest, by kobieta rzuciła okiem zachwytu na cokolwiek, żeby to jej oddanem było.
Uśmiech podłużnych, rozmarzonych oczu arabskich, ręka w ukłonie zdjęta z czoła i na sercu położona, to wszystko codzienne, wschodnie, konieczne, a takie piękne!

Dalej wielki namiot wojskowy; tam pusto, choć od świateł także jasno,

202