Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/378

Ta strona została przepisana.


wielką dobrocią i szczerą pracą, była ogromna. Kochali ją wszyscy, i ja ją pokochałem, i po roku została żoną moją.
Kiedy nadeszły jesienne długie wieczory, umówiliśmy się zgromadzać do izby szkolnej, na którą przeznaczyłem największy pokój w mojem mieszkaniu. Każdy przychodził z jakąś robotą: kobiety zwykle szyły, mężczyźni coś strugali. Czytano tam jaką książkę lub gazetę głośno, opowiadano ciekawe rzeczy, zadawano sobie zagadki, żartowano, śpiewano, wreszcie grano, mieliśmy bowiem pomiędzy sobą skrzypka, który wcale nie źle grywał i basistę. Moja przyszła żona zręcznie kierowała całą zabawą, tak, że wszyscy byli zadowoleni i chętnie się zgromadzali. Przyznam się szczerze, że i ja znajdowałem wielkie upodobanie w tem towarzystwie i innego sobie nie życzyłem; co prawda, przyczyniała się do tego obecność osoby, która podzielała moje zasadnicze przekonania i poglądy i do której skłonność sercowa wraz z większą znajomością wzrastała. Czasami urządzaliśmy tańce. Wreszcie powstał projekt odegrania teatru. Rozpoczęły się więc przygotowania i próby. Z początku szło wszystko jak z kamienia: ruchy były niezgrabne, mowa sztywna, jedni drugim wciąż przeszkadzali. Żona moja przyszła jednak tak gorliwie pracowała nad ociosaniem i okrzesaniem kloców wiejskich, że pierwsze przedstawienie, na które zgromadziło się mnóstwo gości z sąsiednich wiosek, udało się lepiej, aniżeli tego spodziewać się było można. Powodzenie to zachęciło młodzież wiejską do tego rodzaju zabawy, i następnie pod kierownictwem żony mojej urządzano po kilka razy na rok przedstawienia teatralne.
Wieczory, spędzane wspólnie w izbie szkolnej, sprawiając prawdziwą uciechę młodym, a nawet i starszym osobom, wywierały korzystny wpływ moralny i umysłowy na ludność folwarczną i wogóle na okoliczną ludność wiejską. Karczma straciła swój dawny pociąg i coraz mniej do niej uczęszczano. Zachowanie się stawało obyczajniejszem i przybierało formy więcej gładkie. Rozwinęła się chęć do czytania. Prenumerowaliśmy więc parę dzienników. Ażeby zebrać pieniądze na prenumeratę, urządzaliśmy loterję, która zawsze miaia ogromne powodzenie. Żona moja udawała się w tym celu do miasta i stamtąd od antykwarjusza przywoziła sporą liczbę pożytecznych książek. Kupowała także obrazki, ołówki, pióra, kajety z czystego papieru i sprowadzała ze Lwowa lub Krakowa dobre, popularne książeczki i kalendarze. Biletów więc wygrywających było dużo, i bilet kosztował wszystkiego 10 centów. Na loterję zgromadzano się licznie z całego sąsiedztwa. Uciecha była wielka. Każdy chciał próbować szczęścia. Ci, co wyciągali bilet wygrywający, chociażby ten dawał im tylko ołówek lub pióro, cieszyli się szczerze i żartowali z tych, którym los nie sprzyjał. Korzyść zawsze jednak bywała ogólna; książka, bowiem wygrana przez jednego, przechodziła następnie z rąk do rąk, i każdy, co chciał, mógł ją przeczytać.
Poznajomiwszy się z włościanami okolicznemi, wykazałem im korzyści, jakie przynosi braterska łączność interesów, i w przeciągu kilku lat zawiązaliśmy towarzystwo wzajemnej pomocy, założyliśmy kasę pożyczkową i otworzyliśmy wspólny kramik. Żona bardzo skuteczną w tem wszystkiem okazywała mnie pomoc.
Szlachta dziedziczna, nazywająca się obywatelstwem, mniej zajęta rolnictwem, aniżeli kartami, kieliszkiem i polowaniem, gorszyła się mocno z mego zachowania się. Mówiła, że jestem bez wykształcenia, że gustuję w prostaczem towarzystwie, że robię konkurencję karczmarzowi i pod pozorem loterji i temu podobnych głupstw wyłudzam od robotników moich na-