Strona:Urbanowa.djvu/17

Ta strona została uwierzytelniona.


nim, pilnowała, żeby to zrobił »dokumentnie«[1]. Czesania przecież nie wyrzekła się jeszcze.
Mniej się jej także ręce jakoś trzęsły. Do dawniej już uprzywilejowanej pod tym względem soboty przybyła teraz i niedziela jeszcze.
W niedzielę po południu, uprzątnąwszy kuchnię, otwierała Urbanowa swój wysoki kufer i, wydobywszy z niego monarszą Jaśka purpurę tudzież koronę z pozłotka[2], kładła je na swojem łóżku i przypatrywała im się długo z uśmiechem na zwiędłych ustach, kiwając głową i ocierając oczy świeżo wypranym fartuchem.
Jeśli chłopak przybiegł do matki, to go prosiła:
— Mój Jasiek! Mój złocisty! Zawdziej-no na siebie ten ornat i koronę!... Niech ja się ciebie napatrzę! Niech ja się nacieszę!
Jasiek się wzdragał, ale zwykle kończyło się na tem, że »zawdziewał«, co matka chciała, a stara uderzała z klaskiem w dłonie, wołając:
— Istny król! Na króla się rodził! Żebym tak zdrowa była, jak na króla! Przypatrzcie się, moi ludzie... Istny król!...

Był to wszakże ciągle jeszcze ten sam

  1. Dokładnie.
  2. Pozłotek — papier złocony.