Strona:Urbanowa.djvu/5

Ta strona została uwierzytelniona.





Ktoby to pomyślał, że nazwisko, które potem tak szeroko zasłynąć miało w dziedzinie poezyi, usłyszę po raz pierwszy w kuchni, z ust starej, sześć razy na tydzień pijanej kucharki.
A przecież tak było, i to z okazyi stłuczonego garnka.
Wogóle garnki tłukły się u nas, jakby na komendę. Z rana bowiem Urbanowej »czegoś się ręce trzęsły«, w południe »wszystko jej z rąk leciało«, wieczorem zaś »cała nie mogła«[1]. Jeśli zaś przypadkiem »mogła«, to zwykle wtedy »musiała duchem skoczyć naprzeciwko«[2], poczem w kuchni bywało prawdziwe pobojowisko.

Zresztą, jeśli mówię, że garnki się tłukły, to dlatego tylko, że mnie Urbanowa nie słyszy. Nie słyszy ona już oddawna, od bardzo dawna, nikogo... W obecności jej bowiem nie

  1. Zaniemogła.
  2. T. j. do szynku.