Strona:Urke-Nachalnik - W matni.djvu/80

Ta strona została skorygowana.

raz wypadła niespodzianie „zimna kokota“ z okrzykiem:
— Uczynicie to dopiero po mojej śmierci!
— Stul pysk! — zawołał Bajgełe — Nie masz tu ża dnego głosu!
Krygier zabrał głos i oświadczył:
— Tak nie wolno nam postępować! To byłoby wbrew naszej etyce złodziejskiej. Do trupów nie oddaje się strzałów!
— Pewnie — wyjaśnił Bajgełe — Pijak równy zmarłemu... Gdzie charakter złodziejski,!....
Wszyscy skierowali się do wyjścia. Krygier polecił Reginie i „zimnej kokocie“, by dopomogły Wołkowowi wynieść się stąd, gdy tylko otrzeźwieje.
— Brawo — zawołał Józek Zalewacz. — Tak należało postąpić, po koleżeńsku.
Janek w towarzystwie Krygiera opuścił pierwszy mieszkanie Reginy, a po nich pojedyńczo pozostali towarzysze, którzy z trudem trzymali się na nogach... Zegar wybił czwartą nad ranem.

ROZDZIAŁ V

Stasiek Lipa nie zrezygnował z praa opiekoawnia się córką jako ojciec. Co rano zaczynał wędrówkę ulicami w nadziei, że tego dnia natknie się na Anielę. Stasiek Lipa postarzał się. Jego twarz porosła brodą siwiejącą. Był zgarbiony, zniszczony. Miał na sobie pomięte, stare ubranie. Robił wrażenie pijaczyny z przedmieścia. Niktby w nim nie poznał dawnego arystokraty podziemi. Stasiek Lipa nie mógł się pogodzić z jedną myślą: że córka jego pozostanie jedną z wielu cór Koryntu...
Ale oto pewnego wieczora, gdy znów wracał rozczarowany do domu, na schodach, prowadzących do jego mieszkania spotkał się oko w oko z Anielą, któ-