Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/145

Ta strona została przepisana.

Nie był on zadowolony, gdy mu powiedziałem, że niemal całą przyniesioną przeze mnie forsę prócz tysiącmarkowych banknotów oddałem werkmistrzowi. Pocieszałem go, że na moje zawołanie werkmistrz ma mi przynieść forsy ile zechcę. To go trochę uspokoiło.

XXV.

Cela nasza stała się bogata. Każdy z nas zdobył trochę pieniędzy z kotłowni. Cela zamieniła się w dom gry. Monte Carlo nie powstydziłoby się takich hojnych graczy, jakimi myśmy byli. Grano na tysiące i setki tysięcy marek, co wówczas było wielkim kapitałem.
Wiem, że czytelnik weźmie moje opowiadania o bogactwie, które było w naszych rękach, za przesadzone, lub za wybryk fantazji. Doprawdy, sam rozumiem, że jest to nie do uwierzenia, aby więzień mógł posiadać tyle forsy. A jednak tak było. Jest prawdą, że nie wiedzieliśmy, co z forsą robić. Na wolności sami jej wydać nie mogliśmy, schować nie było gdzie. Więc w chwilach wolnych od pracy graliśmy w karty. Ten i ów postarał się o blatnego klawisza, który przynosił wódkę i papierosy, za które pobierał sto razy więcej, niż wynosiła istotna wartość tych przedmiotów.
Pewnego dnia niespodzianie, przytransportowano zpowrotem do Mokotowa ze stu więźniów wysłanych stąd do Poznańskiego. Bolszewików odpędzono od Warszawy. Zły byłem teraz na nich, że wpierw nas nie wypuścili; potem mogli sobie uciekać do djabła...
Wszyscy więźniowie wyobrażali sobie wówczas, że bolszewicy dążą tylko do tego, aby wpaść do obcego kraju i opróżniać więzienia. Każdy z nas święcie wierzył w to, że wypuszczonych więźniów bolszewicy zaciągają do czerwonej armji i udzielają im zaszczytnych stanowisk i t. d.
Po paru dniach Mokotów znów przygarnął do swego troskliwego łona wszystkich swoich utraconych wychowanków. Więźniowie, po kilku tygodniach nieobecności, wrócili przygnębieni tem, że nie udało im się podczas takiej zawieruchy zwiać i odzyskać wolność. Niejeden skorzystał