Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/180

Ta strona została przepisana.

siał zdjąć drewniane trepy i chodzić boso. Pan naczelnik nie mógł znieść ciężkiego stąpania więźniów. Nie przejmował się tem wcale, nawet zimową porą, że więzień może przeziębić się i zachorować. Nie było wyjątków dla nikogo. Każdy, jakby miał wstąpić do świątyni Buddy, musiał to uczynić. Wreszcie przyszła moja kolejka.
Po raz pierwszy zgłosiłem się wtedy do naczelnika. Gdy przestąpiłem próg, doznałem wrażenia, że znajduję się w gabinecie jakiegoś średniowiecznego władcy. Uderzył mnie zapach perfum, jakbym przestąpił próg sypialnego pokoju starej panny Amerykanki. Blade światło elektryczne oświetlało gabinet; wielki dywan przykrywał podłogę. Stałem przy samych drzwiach, słyszałem już bowiem od innych więźniów, że pan naczelnik chętnie widzi u siebie więźnia, ale zdaleka.
Z odległości jakichś dwudziestu stóp rzucił na mnie spojrzenie, które przejęło mnie nawskroś i spytał z ironją:
— Co słychać, przyjacielu? Dużo masz jeszcze forsy schowanej z kotłowni?
— Nie miałem i nie mam, panie naczelniku.
— No, no, tak źle chyba nie było.
— Było jeszcze gorzej, niż pan naczelnik sobie wyobraża, — odparłem, wiedząc, że lubi śmiałe odpowiedzi.
— Co wy teraz porabiacie?
— Jestem starszym celi u kartoflarzy.
— Macie poważne stanowisko, jak widzę.
— Tak, panie naczelniku, ale już ta funkcja mi obrzydła.
— A to dlaczego? — zapytał zdziwiony. — Jedzenia mało? Przecież dostajecie dubeltową zupę.
— Tak, dostaję, panie naczelniku, ale chcę pracować teraz, obrzydła mi bezczynność w celi.
— Ja wiem, że jesteście pracowici, — odpowiedział szyderczo.
— Z waszych aktów to widzę. Ucieczki, kombinacyjki wam się chce. Ja cię dobrze znam, ptaszku. Nie, na papiernię nie pójdziesz.
— Panie naczelniku, — próbowałem prosić, — ja naprawdę chcę pracować. Chcę się nauczyć jakiegoś fachu, bym po wyjściu z więzienia mógł uczciwie zarobić na kawałek chleba.
Naczelnik patrzył na mnie badawczo kilka sekund, poczem sięgnął ręką w moją stronę i zawołał: