Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/229

Ta strona została przepisana.

Od godziny 10-ej do 11-ej dla więźniów.
Od godziny 11-ej do 12*ej dla inwalidów wojennych.
Od godziny 12-ej do 1-ej dla sierót i wdów wojennych.
Od godziny 1-ej do 2-ej i t. d.
Jednem słowem, pomyślałem sobie: taka instytucja społeczna nie da mi zginąć. I z sercem pełnem nadziei ująłem za klamkę drzwi. Były jednak zamknięte.
Wyszedłem na podwórze i stanąłem w bramie. Zbliżył się do mnie tęgi mężczyzna, dozorca tego domu.
— Czego tu szukacie? — zapytał groźnie.
— Do patronatu, proszę pana, chciałem.
— Patronat jest zamknięty i nikogo się nie przyjmuje teraz. Marsz stąd. Cholera z tymi złodziejami, stale ich tu pełno.
A widząc, że się nie ruszam, chwycił za miotłę, która stała w kącie i zawołał:
— Precz stąd, złodzieju jeden, bo policjanta zawołam! Bez słowa protestu, przygnębiony, z żalem do całego świata i ludzi ruszyłem naprzód przed siebie, nie zdając sobie sprawy dokąd. Wtem poczułem czyjąś rękę na ramieniu i obejrzałem się.
— Coś ty za jeden? — wolał policjant groźnie mierząc mnie wzrokiem i odprowadzając mnie na stronę.
Bez słowa podałem mu czerwoną kartkę zwolnienia.
— A poco się wałęsasz po ulicy? — zawołał oddając mi kartkę zpowrotem.
— Nie wałęsam się wcale, — odparłem, — idę sobie poprostu, chyba teraz mam prawo chodzić po chodniku jak każdy.
Policjant obejrzał mój ubiór i roześmiał się tak szczerze, że począłem się śmiać wraz z nim. Po chwili machnął ręką, splunął i oddalił się. Powędrowałem więc znowu bez celu dalej.