Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/75

Ta strona została przepisana.

tajemnicze znaki, z których nic nie mogłem zrozumieć. Z jednego tylko zdałem sobie sprawę, że stało się nieszczęście.
Nie zdążyłem wyjść z kuchni, gdy przybiegł mój gospodarz.
— Co wy tu robicie? Kto was tu sprowadził? Marsz, psiakrew do celi!
— Co się stało, panie starszy, ja o niczem nie wiem.
— Jazda, jazda, dowiesz się, ptaszku. Tak mi się odwdzięczasz, że cię wyciągnąłem z pojedynki do pracy! Zgnijesz teraz w celi.
Próbowałem oponować.
— Panie starszy, proszę mi powiedzieć, w czem ja zawiniłem? Może tu zaszło jakieś nieporozumienie.
— Jazda, jazda, — pchnął mnie z taką złością, że o mało sam się nie przewrócił. Wymyślał mi do samej celi, poczem trzasnął drzwiami, zamykając mnie samego.
Czytelnik wyobrazi sobie moją rozpacz. Tak blisko byłem ukochanej wolności! Teraz dopiero zrozumiałem wszystko. Pomocnika mojego trzymałem krótko; nie pozwalałem mu romansować z Adelą ani z innemi kobietami, udawałem przed nim, że mnie kobiety zupełnie nie obchodzą. Tłumaczyłem mu, że dla nas niebezpiecznie jest romansować z temi kobietami, gdyż możemy przez nie stracić pracę.
Teraz zmiarkowałem, że pomocnik „zakapował“ mnie, ale jak i co — nie wiedziałem. Byłem pewny, że o ucieczce nic nie wiedział. Pozostał tylko romans z Adelą, o który mógł mnie podejrzewać i pewnie o tem doniósł władzy.
W tem drzwi odemknęły się.
— Proszę za mną do kancelarji.
Zadrżałem. Postanowiłem nie przyznawać się do niczego.
Stanąłem przed inspektorem policyjnym. Ten przyglądał mi się dobrą chwilę, potem uśmiechnął się zjadliwie i wskazując palcem na stół, zapytał:
— Co to jest?
— Klucze, panie inspektorze.
— Czy wiecie, do czego służą?
— Do otwierania drzwi, — odparłem głupkowato.
— A czyje są te klucze? — zagadnął inspektor podsuwając mi cały pęk kluczy przed nos.