Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/198

Ta strona została skorygowana.
II.

Kiedyś, w praczasach siedzieli na kolanach ojca, Dionizos i Chrystus. Działo się to w bezmiarach przestrzeni, na niesiężnych szlakach eteru. Dionizos jasnowłosy, o krągłych, dziecięcych pośladkach, wzniósłszy nieśmiało twarzyczkę, drobnemi rączynami gmerał w długiej brodzie ojca i mając pełne usta winogron, jął mówić:

— Powiedże ojcze władający światem,
Któremu służą ludy Marsa rodu,
Przecz twarz obracasz, z jakiego powodu,
Od gwiazdy, która tamtej taka bliska
Tutaj, przed nami niedaleko błyska?

Smutek przysłonił jasne spojrzenie ojca, przenikające gmach wszechświata, zamróz lodowaty przemknął po niem, a skrzydła aniołów zadrżały. Brat-bliźniak, dzieciątko Jezus spojrzało przymilnie na Dionizosa i powiedziało:

— Ta iskra blada która tam się żarzy,
To ziemia. Anioł jednak nawet boży
Imienia tego szepnąć się nie waży.
Ten glob wciąż zmierza do doskonałości,
W męczarniach wzlotów pręży się i sroży,