Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/375

Ta strona została przepisana.
II.
OJCIEC.

Na drugi dzień wszedł Hans Alienus bez zawiadomienia do pokoju ojca.
Przy oknie, w pradziadowskim fotelu siedział starzec, plecami zwrócony na pokój, i układał „trzynastkę“ na małym stoliczku z szachownicą. Słońce przeświecało pomiędzy doniczkami na oknie i lśniło w siwych, długich włosach, których srebrne nitki spływały na wytarte, błękitne obicie fotelu. Szara opończa z jaskrawo czerwonemi wykładami spoczywała na wychudłych ale szerokich ramionach, cera twarzy starca była żółtawo-blada, a pod wysokiem czołem tkwiły w głębokich jamach oczy, jak wielkie kule. Żarzyła się w nich dotąd żądza czynu, a na ustach, skrytych w białej brodzie, leżał wyraz stanowczy. Nos był duży, zgięty, zaś na czole i w fałdach policzków, toczyły z sobą walkę surowość i melancholja.
Obrócił głowę w bok tyle tylko, by dostrzec syna, który przystąpił szybko, bez namysłu do fotelu.
— Nie masz już, widzę, na sobie teatralnego kostjumu, o którym wspomniał Olson! — rzekł ojciec oschle, jakby syn wrócił z kilkugodzinnej przechadzki.