Strona:Vicente Blasco Ibáñez - Mare nostrum.djvu/75

Ta strona została przepisana.

żonaty i ma już syna. Tylko panie, leżące na szezlongach z książka, w ręku, pośpiesznie obciągały na jego widok suknie: chciały zakryć niedyskretnie wysuwającą się nóżkę, lecz wskutek pośpiechu — odsłaniały ją tylko tembardziej, wreszcie, wpatrując się weń przenikliwie, rozpoczynały konwersację, zawsze w ten sam sposób:
— Jakim sposobem w tak młodym wieku zdołał pan osiągnąć już stanowisko kapitana?
O, nędzo ludzka! On, co przez tyle lat zrzędu podróżował po Atlantyku, żyjąc w świecie bogatym, cieszącym się życiem, wonnym, umiejąc niejednokiotnie zastosować rozważną rezerwę w wypadkach kaprysów kobiecych, by uczynić im zresztą zadość w innych okolicznościach z całą dyskrecja, jaka przystoi marynarzowi, — on obecnie, w ostatecznym wyniku rzeczy, ograniczyć się musiał poprostu do admirowania wulgarnego szczepu Blanesów.
Co rano, skoro się tylko obudził, wszystkim upodobaniom jego działo się na wspak. Mieszkanie wydawało mu się bezosobowem. Nic z jego indywidualności nie było w owym domu, gdzie służące dbały o nienaganną, do przesady posuniętą czystość przy zupełnym jednocześnie braku logiki: przedmiot każdy co chwilę przerzucany był coraz to gdzieindziej. Z jakimże żalem myślał o niewielkiej kabinie, gdzie wszystko było rozmieszczone tak szczęśliwie, gdzie nic nie niknęło z przed oczu. Nie było tam ani kąta, ani występu, o którym Ulises podświadomie niemal nie wiedział. Właśnie w ten sposób żywe tkanki mięczaków wypełniają wszystkie zagłębienia skorupy.
Istotnie bowiem kabina Ulisesa stała się dlań skorupą ślimaczą czy żółwią, towarzyszącą mu w podróżach poprzez dalekie morza, rozgrzewającą się do wysokich temperatur podzwrotnikowych, zasklepiającą się naksztalt chaty eskimoskiej w pobliżach mórz lodowatych.