Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/178

Ta strona została przepisana.


caluteńki odwieczerz... A juzyny nima i nima... Nikto nie wyniesie... ani pies!
Gorycz kroplami padała na serce i tak jej dużo spłynęło, że się uczuł złym.
— Cygaństwo świata! — myślał — i nic więcej... Naobiecują, naschlebiają, a potem, to nic...
Ale cóż złość poradzi przeciwko niemocy! Poczuł to sam, gdy puścił się za owcą siwą, chcąc ją dogonić i ukarać za to, że na zboże poszła, kiedy on dumał.
— Ja cie tu przecie raz... cygański siwcu...
Biegł, co miał sił, ale owca jeszcze prędzej.
Nie mógł jej dogonić — ustał i padł i począł ciężko dyszeć... daremna złość! Nic nie poradzi przeciwko niemocy... Uczuł to sam.
Owce się rozbuchały; ta przodownica siwa pobuntowała insze tak, że poczęły gonić po ugorach, jakby djabeł w każdą wstąpił i opętał ją.
Nie czuł już w sobie siły zganiać je w dolinę. Złość go osłabiła doreszty. Wodził tylko za niemi oczyma, leżąc, by wiedział, jak się ze ziemi zbierze, kany którędy która poszła, by następnie widziały, że on patrzy na nie, i nie ważyły się wobec tego na cudzą szkodę iść.
Widział, jak się ustanowiły na chwilę, i podzielone, gromadkami rozchodziły się i traciły między jałowcami.
Światła czerwone koło wierchu zgasły. Cień