Strona:Władysław Stanisław Reymont - Lili.djvu/203

Ta strona została uwierzytelniona.
197
LILI

— A dyć wpodle dwora do łąków, a potym z prawej ręki i już.
— Bóg zapłać! Bardzo piękny dzień!
Stary aktor się rozpłomienił, zacierał ręce, gwizdał, śmiał się i rozmawiał z sobą, bo Zakrzewski mówić nie chciał; przegryzał go wstyd tej bezczelnej żebraniny.
Nie wrócili na drogę, lecz poszli przez ogród ścieżką wijącą się przez łąki, do sąsiedniego dworu, oddalonego o wiorst kilka. Łąki były bagniste, pełne oparzelisk, dymiących oparami. Szli bardzo ostrożnie, bo ziemia się uginała pod nogami, a miejscami wpadali w kałuże wody, warstwą śniegu przykrytej. Cały system rowów przecinał im drogę