Strona:Władysław Stanisław Reymont - Lili.djvu/302

Ta strona została uwierzytelniona.
296
WŁ. ST. REYMONT

Cofnęła się przed tym ruchem bezwiednie w tył i runęła głową naprzód, po twardych kamiennych schodach na chodnik.
Przeszedł obok niej, wsiadł w sanki i odjechał.
Oprzytomniała po jakimś czasie, zwlokła się na kolana i czepiając się poręczy schodów, wyciągała ręce za odjeżdżającym i wołała ku coraz cichszym i dalszym dźwiękom dzwonków — krótko... rozpaczliwie... nieprzytomnie:
— Lwie mój! kocham cię! Zabij mnie, a nie opuszczaj! Panie mój, kocham cię!!
Z trudem wróciła do sieni, ale taki straszny, bezbrzeżny ból ją łamał, tak się w niej okropnie