Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/105

Ta strona została przepisana.

Przez okna patrzały ciekawie małe, umorusane dzieci i bezzębne, pomarszczone a wytarte, jak ugory jesienią, twarze starców.
Gromadka chłopaków w parciankach i granatowych, z mosiężnemi guzikami lejbikach, z nogami bosemi w trepach, bez czapek, szła jeszcze przed księdzem, wpatrzona w obraz piekła na chorągwi, i powtarzała cichemi, przemarzniętemi głosikami tonację: a! o!... — i ciągnęła ją, dopóki organista nie zmienił jej na inną.
Ignac szedł z dumą na czele, trzymając się jedną ręką drąga chorągwi i najgłośniej śpiewając. Czerwony był z wysiłku i mrozu — ale nie ustawał, jakby chciał pokazać, że ma prawo do tego, bo dziadka prowadził.
Wyszli za wieś. Wiatr silniej dał się uczuć Antkowi, którego olbrzymia postać przenosiła wszystkich, włosy rozlatywały się na wszystkie strony, — nie czuł tego, zajęty końmi i przytrzymywaniem trumny na wybojach.
Tu za wozem szły obie siostry, odmawiając pacierze i mierząc się co chwila zaiskrzonym wzrokiem.
— Cucu! a do domu! puńdzies, ty ścirwo! — i schylił się jeden z idących, jakby po kamień.
Pies, który od samego domu wlókł się przy wozie zaskowyczał, wtulił ogon pod siebie i zemknął przed przydróżną kamionkę, a gdy się trochę oddalili, zrobił półkole i przypadł do koni, lękliwie idąc dalej.
Łacińskie pienia skończyły się. Baby zaśpiewały piskliwie: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/5/55/W%C5%82adys%C5%82aw_Stanis%C5%82aw_Reymont_-_Na_zagonie.djvu/page105-1024px-W%C5%82adys%C5%82aw_Stanis%C5%82aw_Reymont_-_Na_zagonie.djvu.jpg

Kto się; w opiekę odda Panu swemu!