Strona:Władysław Stanisław Reymont - Osądzona.djvu/129

Ta strona została przepisana.

młodsze, wyjęła pierś podobną do żółtawej, obwisłej pończochy i wsadziła mu w usta.
— Ale Chrystusa ukrzyżowaliście, nasze dzieci rżniecie na mace, i na zdradzie polskiego narodu stoicie, — wyrzekła niespodzianie Jaszczukowa głosem tak nieubłaganym, że żydówka się wystraszyła i zebrawszy dzieci i manatki prawie uciekła z przedziału.
— Dziw nóg nie pogubi, — zaśmiał się ktoś, wyglądając za nią w korytarz.
Jaszczukowa znowu siedziała bez ruchu i bez słowa, zapatrzona przez okno. Wysiadła na swojej stacji o pierwszym zmierzchu, nie kiwnąwszy głową swojemu opiekunowi, zapomniała o nim. Na peronie jak zwykle spacerował naczelnik w czerwonej czapce, wachmistrz żandarmski, i tłoczyło się z wrzaskiem kilkunastu chałaciarzy. W oknie pierwszego piętra czerwieniła się bluzka naczelnikowej i zapalony papieros. Przemknęła się niepostrzeżenie, ale w oknie bufetu zamajaczyła jej twarz Jarząbka.
Zatrzymała się dopiero przed cerkwią, jakby do tego przymuszona tą niezmierną cichością, jaka ją nagle ogarnęła. A potem ruszyła wolno i środkiem drogi, żeby się z nikim nie spotkać, szła, za każdym krokiem odzyskując większą świadomość siebie; z każdym wymijanym domem odzyskując pamięć coraz ściślejszą dawnego swojego życia. Przychodziły chwile zastanawiań, skąd to ona powraca? Naraz skrzydlata radość zatrzepotała się w jej sercu, kiedy doszły ją przeciągłe pojękiwania czajek i naszczekiwania psów. Z coraz większą mocą stąpała po rozmiękłej ziemi. Zmierzch czerniał, miało się na odmianę, gdy słychać było szu-