Strona:Władysław Stanisław Reymont - Osądzona.djvu/138

Ta strona została przepisana.

dości. Zabrał swoje skarby do stajni, rozwieszał, przeglądał i po sto razy przymierzał, a o zmierzchu zaniósł do boru i gdzieś zakopał w obawie, żeby mu ich czasem nie odebrali. Tylko Oksenia przyglądała się tym rozdawaniom ze ściśniętem sercem, przeżerał ją niesłychany żal i zazdrość, czuła się okradaną i płakała w bezsilnej złości. A ciotka z oczami rozgorączkowanemi, podniecona strasznie i prawie nieprzytomna, dzieliła się swojem dobrem jakby się dzieliła własnem sercem. Zdawało się jej, że rozdaje resztki swojego życia, że rozsiewa się już do ostatka. Niektóre, ostrożniejsze, widząc, że się z nią dzieje coś niedobrego, pozostawiały te podarki w sieni, większość jednak uciekała z niemi jaknajprędzej. Kiedy pozostały tylko najpotrzebniejsze sprzęty i ludzie się rozeszli, Jaszczukowa klękła do pacierza i zastali ją w tej pozycji rano, kiedy wstawali. Nie dała się nikomu odprowadzać na kolej i ucałowawszy próg, odeszła.
Jeno Bukiet nie dał się odpędzić i stał za stacją przy plancie, dopóki pociąg nie przeszedł.

Sprawa odbyła się w parę dni później.
Sala była ta sama — sklepienia zwisały tuż nad głowami; ten sam portret cara w stroju koronacyjnym spoglądał ze ścian z wyniosłem namaszczeniem majestatu; poznawała tych samych sędziów i te same srogie twarze żandarmów. Jeno miasto przykrego dnia i deszczów pluszczących po szybach, wlewało się oknami lipcowe słońce, ciepło i ptasie świergoty.