Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przed świtem.djvu/75

Ta strona została uwierzytelniona.
— 71 —

w nim, a jemu wyraźnie się zdawało, że to z fabryki głos dochodzi.
— Nie dam się, nie. Wyskoczył przez okno zarzucił tłomok na plecy i ruszył drogą.
Ale musiał przechodzić wzdłuż całej fabryki!
— Winda!
Jezus Marya! Przycisnął się do parkanu i z przerażeniem patrzył na czarne, straszne okna fabryczne...
Wydało mu się, że te okna czuwają, że tam w ich głębi widzi całą ciżbę poskręcanych, potwornych maszyn, że wszystkie się skłębiły i patrzą na niego.
Cisza była śmiertelna, deszcz spływał sznurami drobnych paciorków i szeleścił ledwie dosłyszalnie wśród liści.
Bielało już nieco, wyraźnie, coraz wyraźniej spostrzegał fabryki; wszędzie stały, ze wszystkich stron wyrastały, czaiły się w zmrokach, a zagradzały drogę... Szara, deszczowa kurzawa oblewała je jeszcze, i mroki przysłaniały, ale one rosły w tem świtaniu ponurem, potężniały, podnosiły szyję coraz wyżej... coraz groźniej!
— W imię Ojca i Syna i Ducha świętego!
Ruszył galopem prawie, przebiegł z zamkniętemi oczami obok fabryki i odetchnął aż w po-