Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/11

Ta strona została przepisana.

— W błocie! Pod samym klasztorem uwięzły, melduję pokornie.
— A dałeś znać w Samborku i Podgórkach?
— Wedle rozkazu! Ino ich patrzeć. Wozy już słychać w bramie — dodał.
— Pochodni! Poświecić i wtoczyć tutaj; miejsca dosyć i będzie poręczniej.
Kilka pochodni buchnęło na wietrze, oświetlając straszliwe błoto dziedzińca, klasztorne mury i parę wozów, nakrytych zielonemi budami, które z niemałym wysiłkiem żołnierzów i koni podciągnięto pod refektarz i przetaczano do środka. Wagę miały nielada, bowiem zawierały broń, moderunek i furaże dla ludzi i koni. Jakieś obwiązane głowy wyzierały z pod bud i rozlegało się ciche kwilenie dziecka.
— Zległy tam które? czy co? — zaniepokoił się Derysarz.
— To ino chorzy Drabik z Balcerkiem, dziecko pani Jurkowej.
Ustawiono wozy w głębi, zdala od ognisk, wyłożono konie i zakrzątnięto się koło rozpalenia jeszcze jednego, największego ognia, przy którym nastawiono kotły na wysokich trójnogach. Zaczem gwar powstawał coraz większy i bieganina. Znalazła się wnet słoma, którą stroszono kupami w miejscach mniej wystawionych na pluchę. Rąbano na opał suche belki, skądciś przywleczone. Zabielało przy ogniskach parę nizkich, pochodowych namiotów. Zaś kilku gemejnów, najsprawniejszych majsterków do wszystkiego, wysunęło się ukradkiem na penetracyę i myszkowania. A że opactwo