Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/37

Ta strona została przepisana.

go, jak i towarzysze, a nieraz w obozach, na biwakach i szczególniej na zebraniach spiskowych rozbierał jego cnoty i geniusz. Nigdy jednak nie wydał mu się tak wielkim, jak tego wieczora. Prosty w obejściu, skromny i przystępny, a bił od niego majestat bardziej onieśmielający, niźli królewski. Człowiek to miary starożytnych bohaterów — rozważał — wódz, naczelnik, dyktator, a służy mu proste żołnierskie łoże, obciągnięte skórą i ordynaryjna stodoła za pałace. I nic, żadnej pompy, żadnej wystawności, żadnego przepychu! Nie dla siebie, a wszystko dla ojczyzny! Zdumiewał się, poruszony do łez, gdy naraz posłyszał za sobą w sąsieku ostre trzeszczenie słomy. Wyraźnie ktoś skradał się od strony refektarza, przystawał na chwilę i znowu pełzał przyczajony. Zaręba uniósł nieco głowę i sięgnął po krucicę; przeszyło go straszne podejrzenie, więc gdy wynurzyła się jakaś tyczkowata postać, zmierzając ostrożnie do Kościuszki, wyciągnął rękę i zmierzył do niej. Na szczęście nie zdążył jeszcze pociągnąć za cyngiel, kiedy Bujak, ściągnąwszy z pleców kożuch, okrył nim Kościuszkę, zasalutował, zrobił zwrot w tył niby na paradzie i odszedł, jak mógł, najciszej.
— Poczciwy drągal — mruknął rozrzewniony, chowając krucicę w zanadrze.
Obudził go dopiero duży dzień i głośne rozmowy, z których łacno wyrozumiał przykrą nowinę o ucieczce z Krakowa Łykoszyna. Właśnie goniec generała Wolickiego rozpowiadał obszernie o tem zdarzeniu.
— Stało się źle, niepodobna gorzej — przerwał mu sfrasowany Kościuszko. — Snać był uprzedzony