Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/399

Ta strona została przepisana.

Kilkunastu mołojców, złupiwszy szatnię elektorską, w perukach, złocistych frakach, kryzach i królewskich płaszczach puściło się w tany, wytupując wściekłego kozaka. Brzęczały do wtóru bałabajki, ryczały gamratki, biły kolby i puste gąsiory, a tłuszcza wyła wszystkimi głosami rozbestwionych bydląt. Zasię w drugich salach, do koła ognisk, na kanapach, poduszkach, stosach kobierców, roztasowywali się, niby na biwakach. Poszły z rąk do rąk świeże flachy i zaczęli śpiewać zwolna, miarowo, tęskliwie, a coraz ogromniej i rozgłośniej.
Wtem od Krakowskiego runął niezmierny okrzyk i jęły trzaskać atakowe salwy.
To Mycielski, ściągnąwszy, skąd się dało, nadmierną liczbę trąb, bębnów i kotłów, upatrzywszy stosowną porę, nakazał z całej mocy zagrzmieć w instrumenta i równocześnie uderzył na resztę kolumny, stojącej w Królewskiej ulicy. Wsparły go kupy zbrojnych wolonterów.
Klugen, snać osądzając po okropnej wrzawie i furyi ataku, jako ma sprawę z przeważającemi siłami, nakazał trąbić na odwrót. Odstępowali tak pospiesznie, że to wyglądało na ucieczkę. Niemałą tego przyczyną byli maroderzy, którzy ogarnięci ślepym popłochem jęli uciekać z pałacu obłąkanemi stadami. Rozgniatano się na śmierć w ciasnych przejściach. Wyskakiwano oknami. Porzucano zrabowane skarby, porzucano nawet karabiny i patrontasze, byle jeno unieść życie. Nawet spici do nieprzytomności próbowali uciekać na czworakach. Powstał piekielny zamęt i naraz ryk rozpaczy wydarł się ze wszystkich gardzieli, bowiem Konopka przedostawszy się od strony ogrodu, wsiadł im na karki, pędził przed