Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Nil desperandum.djvu/269

Ta strona została przepisana.




ROZDZIAŁ VIII.

Na bernardyńskiej wieży zagrał hejnał, zawtórowały mu zegary zamkowe i pożenione dźwięki spłynęły w miasto, niby stado rozświergotanego ptactwa. Wybijała jedenasta. Dzień noworoczny 1794 jawił się niezgorzej luty, rozsłoneczniony jednak i skrzący śniegami. Stężała od mrozów ziemia dzwoniła, sanna usiała się siarczysta, mróz bowiem brał coraz tęższy, że ludzie i konie poruszały się w obłokach pary.
Dymy niebieskawymi słupami biły w niebo wysoko rozpięte i tak czyste, jakoby ze sztuki bławatu uczynione. Szyby w oknach mieniły się, niby dyamenty. Głębokie śniegi okrywały kożuchami ziemię, dachy i drzewa, że dawały pozór wykutych z białego marmuru.
Powietrze stało ciche, wiercące w nozdrzach i słuchliwe. Pora była nabożeństw i co chwila, to dzwony zabiły uroczystym basem, to roznosiły się fale śpiewań lub przejmujące grania organów płynęły z naw zapełnionych dymami kadzielnic i światłem. Tu i owdzie pod drzwiami kościołów stali ludzie z odkrytemi gło-