Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Nil desperandum.djvu/417

Ta strona została przepisana.




XII.

Parlatoryum Wizytek było sklepione i suto przybrane poczerniałymi konterfektami dobrodziejów zakonu. Zakratowanem oknem, niby przez potrzaskaną taflę lodową, sączyło się skąpe zielonawe światło. Czarny, ogromny Chrystus, rzezany w drzewie, ostro się znaczył na bielonej ścianie. Kilka siedzisk, podobnych konfesyonałom, taiło się po mrocznych kątach. Powietrze przejmował zapach pogaszonych świec woskowych i kadzideł.
Skądciś, jakby z pod ziemi, dobywały się echa dalekich śpiewań. W pękatym rogowym piecu z zielonych kafli trzaskał wesoło ogień. Siedziała przed nim jakaś persona w zakonnej sukni i, nagrzewając przezroczyste, chude dłonie, czujne baczenie dawała na parę, rozmawiającą pod oknem. Był to Radzimiński z siostrą. I snadź nie klei się im rozmowa, gdyż z rzadka padało jakieś ciche słowo, częściej natomiast wyrywały się westchnienia lub gniewne, niecierpliwe pomruki. Radzymiński czuł się nieswojo wśród tych posępnych murów i, tracąc rezon wobec hardego zachowania się siostry,