Strona:Władysław Stanisław Reymont - Za frontem.djvu/182

Ta strona została przepisana.

Przechodziły dnie, mijały tygodnie i całe miesiące.
Armaty ucichły, przemarsze ustały i wojna przetoczyła się na wschód daleki.
Już mżyły zimne deszcze, hulały wichry i szły noce nieskończenie długie, posępne i niby psy rozskowytane. Późna jesień odarła z krasy ziemię i, przyodziawszy się w łachmany mogił, dygotała po polach i drogach, jako bezdomna żebraczka.
Po wsiach, pod bielonemi strzechami chat przywartych do ziemi, ta jesień wojny ciężko dawała się we znaki. Wszędzie panowała nędza i dręcząca troska wyjadała serca, bowiem czego nie strawiły pożary i co oszczędziły bitwy, to zagarniać jęły drapieżne pazury rekwizycyi. Gęste patrole snuły się po wszystkich wsiach i drogach, a rozmiękłemi drogami, jednako w pluchy czy pogody, toczyły się nieskończone szeregi wozów wyładowanych i zbrojną eskortą opatrzonych.
Wstrząsające płacze i krzyki żegnały ostatnie krowiny, wyciągane z obórek.
Niejeden chłopski łeb padał rozwalony w obronie ostatniej garści ziarna.
I niejednego w kajdanach pędzono do więzienia i pod kule.
Jesienne, mgłami omotane pola łkały echami płaczów i rozpaczy.
Nienawiść rozrastała się w każdem sercu, doprowadzając niejednego do szaleństwa.