Strona:W. M. Thackeray - Targowisko próżności T3.djvu/190

Ta strona została uwierzytelniona.
186

niech ją Bóg zawsze błogosławi... Może jej nie ma w domu...
Ta myśl dodała mu odwagi do wejścia. W pokoju, w którem zwykle przesiadywała, nie było nikogo. Przez okno otwarte major dostrzegł fortepian i obraz nad fertepianem w tem samem miejscu co i dawniej. Znowu jakiś niepokój go ogarnął. Blacha mosiężna z nazwiskiem pana Clapp na drzwiach wchodowych usuwała wszelką wątpliwość. Major zadzwonił.
Młoda szesnastoletnia dziewczynka o rumianych jagodach, z figlarnym wyrazem twarzy, wybiegła na odgłos dzwonka i patrzyła przenikliwie na majora opartego o ścianę jak człowiek, którego siły zupełnie już opuszczają. Blady jak śmierć Dobbin zaledwie wymówić zdołał:
— Czy mistress Osborne tu jeszcze mieszka?
Dziewczynka wpatrując się coraz pilniej, pobladła i zawołała:
— Ach! mój Boże! Major Dobbin! Pan mnie sobie nie przypomina — dodała podajac mu rękę — zawsze pana nazywałam cukrowym majorem.
Major w uniesieniu radości, jakiej może po raz pierwszy w swojem życiu doznał, uściskał szczerze dziewczynkę, która zaczęła skakać z ukontentowania, śmiać się i wołać na cały głos rodziców. Małżonkowie wnet się ukazali oboje z otwartemi ze ździwienia ustami, bo już przez okno dostrzegli córeczkę w objęciach ogromnego drągala w białych spodniach i granatowym surducie.
— Nie poznajecie dawnego waszego znajomego? po-