Strona:W. Tarnowski - Poezye studenta tom IV.djvu/70

Ta strona została przepisana.

Maryo Magdaleno! zanuć mi przy arfie twojej — pomnisz kiedy niemowlę na kolanach moich uczyłem Cię o gwiazdach, kwiatach i o Jehowie ojcu gwiazd i kwiatów i ojca twego — ucząc cię grać na tej arfie… ojcze mój! posłuchaj — tobie gwoli znów biorę tę arfę — wzniosłszy błękitne oko w niebios błękit — uderzała alabastrowych palców pieszczotą o złote stróny — gdy wiatr rozwiewał jasny włos natchnionej i głos śpiewu tęskny:


Przez usta moje jak glosy gromu
Natchnione lećcie o dźwięki —
Jak gwiazdy jasne z nad ojca domu
Wstańcie — i lećcie z mej ręki!

Głosy stron moich skowrończe jasne
Myśli — o! lećcie wysoko
A dni dźwięk zgaśnie — choć i ja zgasnę
Wasze w głębinach tonie oko!

Jest miłość wielka — miłość Jehowy
I jeszcze jedna w mej duszy —
Od jednej krzyk z niej wzlata gromowy,
Choć drugiej grom nie zagłuszy:...


O jest — jest inne uczucie... stój Maryo Magdaleno — już czas — twój duch mi się spytał przez usta pieśni — ustami pieśni odpowiem mu — dziecię moje — dotąd ojciec twój cierpiał bardzo — a więcej jeszcze — gdyż cierpiąc milczał — i przez lat szereg nierzekł nikomu: Ja cierpię... Maryo!... ty miałaś — Matkę!
Matkę mój ojcze?... to słowo niebieskie jak arfy ton brzmi tak tajemne w sercu... matka?... matka!...? — o słuchaj Maryo — Maryo Magdaleno — i uderzył w stróny:


Ta co cię w piersi swojej nosiła
Kochając nim żyłaś jeszcze —
Ta co skonała gdy cię zrodziła
Na świat — w boleści swej dreszcze. —