Strona:W XX wieku.djvu/021

Ta strona została uwierzytelniona.


Czarny Tulipan znał przyrząd ten dokładnie. Kazawszy więc sobie podać mazagranu dla ochłody, wrzucił dziesięć groszy do aparatu. Duża tafla matowego szkła wysunęła się z zagłębienia, znajdującego się poza stolikiem, i zasłoniła mu widok brudnych kamienic, stojących naprzeciwko.
Chwilę jakąś wahał się, nie wiedząc, jaki obraz wywołać: czy zobaczyć Hajotę, wstępującą na stromy wierzchołek Pic-Clarence; czy Sienkiewicza, polującego w Afryce na hipopotamy; czy nakoniec panią Lucynę Ćwierczakiewiczową, zrywającą szarotki na tatrzańskiej połoninie?
Wreszcie, jak to zwykle bywa, gdy człowiek zbyt wiele ma do wyboru i, sam z sobą w rozterce, powziąć nie może postanowienia, uległ postronnemu impulsowi i pocisnął niemal bezwiednie guzik, pod napisem „Paryż“ umieszczony. W mgnieniu oka zarysowało się na matowej szybie widmo bulwaru, napełnionego zgiełkliwym ruchem.
Tak, to był istotnie Paryż!
Naprzeciwko, na drugiej stronie szerokiej ulicy, widniał dobrze mu znany fronton kościoła św. Magdaleny.
Chodniki po prawej i po lewej stronie roiły się różnobarwnym tłumem. Środkiem