Strona:W XX wieku.djvu/063

Ta strona została uwierzytelniona.


myśleć, jak tu myśleć o takiej podróży, skoro się nie ma potrzebnych na to funduszów — dodał, załamując dłonie. — O, mój aniele! o, moje słonko kochane! drugie „Ja!“ kiedyż cię zobaczę?...
I susząc sobie głowę, skądby tu dostać monety, począł wielkimi krokami chodzić po pokoju. Nie mogąc jednak znaleźć żadnego fortelu, któryby mu zdobycz tę umożliwił, a nie chcąc dłużej pozostawać sam na sam z trapiącemi go myślami, wyszedł do miasta.
Smutny, rozgoryczony, bezradny, uczuł potrzebę ludzkiego towarzystwa. Zdawało mu się, że mu sprawi ulgę widok znajomej twarzy, że zwierzywszy komuś swoje uczucia, zrzuci z siebie brzemię uciskającej go troski. Przypomniawszy więc sobie, iż przyrzekł doktorowi Ochorowiczowi, że mu doniesie o wyniku zasiągniętych w Paryżu informacyi co do właścicielek zaprzęgu à la Daumont, którym życie ocalił, pośpieszył na znajdujące się nad Wisłą bulwary, gdzie się w przepysznym pałacu mieściła filia „Międzynarodowego Stowarzyszenia magnetycznych połączeń,“ pozostająca pod naczelnem kierownictwem naszego psychologa.
— Rzeczywiście, że to rzecz przykra! — rzekł doktor Ochorowicz, wysłuchawszy zwierzeń Czarnego Tulipana. — Nie potrzebuję cię zape-