Strona:W XX wieku.djvu/100

Ta strona została uwierzytelniona.


Ale miłość, która tak wybornym jest adwokatem, iż wobec niej przegraćby musiał sprawę nawet taki mecenas, jak D-r Jan Maurycy Kamiński, wzięła naszego bohatera w obronę i wytłómaczyła rozżalonej kreolce, że dzielnego młodzieńca, co się tak głęboko wgryzł w jej serduszko, od pojawienia się w jej domu powstrzymywać musi skromność, „blondynom w białej kamizelce“ właściwa. Czyżby to nie wyglądało tak, jak gdyby przyszedł pochwalić się swem bohaterstwem i upomnieć o nagrodę za dochowane ocalenie? Nie, z pewnością tego nie zrobi żaden „blondyn w zawadyacko na tyle głowy osadzonym kapeluszu!...“
Z tem wszystkiem... szkoda, że nie przychodzi! Coby to był za raj, gdyby przyszedł! Należałoby go ośmielić, ośmielić koniecznie! Uderzona tą myślą, pobiegła Dolores do swej prababki i pośród pieszczot i wesołego szczebiotu poczęła jej tłómaczyć, iż godność domu i nazwiska wymaga tego nieodzownie, by we wszystkich dziennikach zamieszczono „publiczne podziękowanie“ dla nieznanego blondyna, który przed dziesięciu dniami na bulwarze Św. Magdaleny ocalił dwie zaprzęgiem à la Daumont jadące panie od niechybnej zguby. Już i tak spóźniono to podziękowanie ponad miarę godziwą. Wypada więc dla naprawy tej opie-